SINGAPUR • MARATON NA RÓWNIKU • 2016

 

Singapur to państwo miasto położone w południowo – wschodniej miasta. Nazywane jest też miastem lwa. Zostało założone przez Brytyjczyków na początku XIX wieku. Niepodległość uzyskało w 1965 roku.

 

Wpływy brytyjskie są widoczne na każdym kroku jak choćby to, że ruch lewostronny na ulicy czy fakt, że językiem urzędowym poza chińskim, malajskim i tamilskim jest angielski. Jesienią 2016 roku ponownie (4 raz) otrzymałem informację, iż nie zostałem wylosowany do biegu w maratonie w Tokio. Byłem bardzo zadowolony z tego jak zorganizowałem sobie „bieg zastępczy” na Spitsbergenie i postarałem się znaleźć zastępstwo i tym razem. Tak się złożyło, że w tym czasie w mieście lwa mieszkali moi znajomi z Polski – Mikołaj – kolega z maty i jego żona Justyna. Dostałem od nich zaproszenie, a jednocześnie znalazłem informacje, że największy bieg na królewskim dystansie odbywa się w Singapurze na początku grudnia.


Zakupiłem bilet lotniczy przez Londyn do tego jednego z największych azjatyckich centrów finansowych. Z lotniska odebrał mnie Mikołaj, już na samym wstępie uderzył mnie klimat niemalże tropikalny – około 30 stopni i duża wilgotność powietrza. Duża część mieszkańców tego miasta stale spaceruje z butelkami wody, aby stale uzupełniać płyny. Szybko też dowiedziałem w jaki sposób mieszkańcy Singapuru radzili sobie z tak ekstremalną pogodą – w zasadzie większość lokali mieszkalnych i usługowych wyposażonych było w klimatyzację. Co więcej większość osiedli mieszkaniowych wyposażonych było w baseny na świeżym powietrzu, które dawały możliwość schłodzenia się.


Pierwsze dwa dni poświęciłem na spacer i poznawanie miasta. Rzeczywiście potwierdziły się informacje, które przeczytałem w Internecie. Singapur to państwo w którym panuje w zasadzie „dyktatura z ludzką twarzą”, pełno jest zakazów nakazów i ograniczeń. Do rangi symbolu urastają wielkie kary za śmiecenie na ulicy lub fakt, że w Singapurze nie ma możliwości kupna gumy do żucia. Po incydencie, kiedy jeden z pasażerów zakleił zużytą gumą czujkę drzwi metra, na chwilę paraliżując ruch jednej z linii metra, sprzedaż gumy do żucia została zabroniona.


Trzeciego dnia mojego pobytu odbywał się maraton w Singapurze. Na linię startu dotarłem taksówką. W okolicach linii startu miałem być o… 4 rano.  Organizator chciał zorganizować się bieg możliwie wcześnie aby bieg odbył się w najchłodniejszym momencie dnia. Gdy zalogowałem się na starcie było 28 stopni. Bałem się co będzie później. Jeszcze przed samym starem byłem już tak spocony jak zazwyczaj kończę bieg maratoński. Pierwsze kilometry dały mi się we znaki. To był mój 15maraton,który biegłem w życiu, więc już mniej więcej wiedziałem w jaki sposób rozkładać siły na tym królewskim dystansie. Prawdopodobnie nie byłem jednak przygotowany do tak ekstremalnych warunków pogodowych – po 12 kilometrze trafiłem na tzw. „ścianę”. Odechciało mi się biec, poczułem zmęczenie i bezzasadność dalszej rywalizacji. Co prawda na ścianę już kilka razy trafiałem podczas innych biegów ale zazwyczaj taki stan psychofizyczny dotykał mnie po 30 kilometrze biegu. Bez wchodzenia w szczegóły był to jeden z najcięższych biegów w moim życiu. Dużą jednego część przeszedłem. Nie pomogły nawet zraszacze powietrza na trasie maratonu. Gdy już wzeszło słońce paliło niemiłosiernie: nie wiedziałem co jest gorsze czy zmęczenie czy piekące słońce.

Najważniejsze że z tarczą przekroczyłem linię mety. Na mecie czekali na mnie moi znajomi. Długo dochodziłem do siebie, jednak basen zlokalizowany na osiedlu znajomych znacząco przyśpieszył moją regenerację. Kolejne dwa dni spędziłem na dalszym eksplorowaniu Singapuru – odwiedziłem między innymi lokalne akwarium gdzie ryby karmili nurkowie przebrani w stroje świętego Mikołaja (w temperaturze ponad 30 stopni ciężko było wyczuć atmosferę świąteczną), ogród botaniczny oraz pobliże najbardziej znanego hotelu w mieście lwa. Wspólnie z Mikołajem odwiedziliśmy także tereny nieco mniej zurbanizowane, w których mieszkańcy Singapuru relaksują się i spędzają czas na plaży.


Patrząc z perspektywy czasu wiem, że wysiłek fizyczny dla mnie w tak wysokich temperaturach i wysokiej wilgotności powietrza stwarza mi dużo więcej trudności niż biegi w temperaturach bliskich zeru. Jeśli w przyszłości zdecyduję się na biegi w miejscach o podobnej szerokości geograficznej będę musiał przeznaczyć dużo więcej czasu na aklimatyzację i treningi w tak trudnych warunkach atmosferycznych.

 

 

W JUDODZE NA ROWERZE
ARTUR GORZELAK


(+48) 881 403 565 (10:00 - 18:00)
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
02-972 Warszawa, Ursynów
Ledóchowskiej
 
 

 
Premium Joomla Templates