WYPRAWA NA SPITEBERGEN 2015•2016

DECYZJA I ORGANIZACJA

Późną jesienią 2015 roku organizator tokijskiego maratonu zakomunikował wyniki losowania – uczestników kolejnego największego biegu maratońskiego na świecie. Ponownie nie zostałem wylosowany.

Postanowiłem więc, że trochę na przekór organizatorom z Tokio znajdę super ciekawy bieg na tym dystansie i przebiegnę mój kolejny maraton. Szukałem miejsc super niedostępnych i oddalonych od cywilizacji. Znalazłem bieg na Spitsbergenie – wyspie położonej na morzu Arktycznym należącym do Norwegii. Szczęście chciało, że znalazłem bilety lotnicze w całkiem rozsądnej cenie. Najpierw do Oslo, a potem przesiadkowy do Longyearbyen – największego miasta na Spisbergenie i jednocześnie najdalej wysuniętego portu lotniczego cywilnego na świecie (zobaczcie: Spitbsberegen jest położony dużo „wyżej” niż chociażby Alaska).

122015 W połowie grudnia 2015 roku miałem wiec wykupiony bilet lotniczy i zapłaconą opłatę startową za bieg maratoński na początku czerwca 2016 roku. Pozostały kwestie organizacyjne. Zacząłem czytać reportaże o Spitsbergenie i wyszukiwać informacji o wyspie. Dowiedziałem się, że na wyspie znajduje się kilka stacji polarnych, w tym największa całoroczna Horslund, w której pracują polscy naukowcy.

Stwierdziłem, że moja wizyta na Spitsbergenie to wyśmienita okazja, żeby odwiedzić taką bazę i zobaczyć jak funkcjonuje stacja polarna za kołem podbiegunowym. Do wszystkich stacji napisałem maila z pytaniem prośba czy mogę ich odwiedzić. Niestety otrzymywałem odmowy z informacja, że stacje nie obsługują turystów lub są trudnodostępne i nie zachęcają mnie do przyjazdu.

Jednak w Wigilię 2015 roku w mojej skrzynce w Messangerze pojawiła się wiadomość od nieznanej mi osoby. Napisał od mnie uczestnik zimowej wyprawy na Spitsbergen z Horsuldu. Wiadomość była następująca: Cześć Artur, mamy wspólnego znajomego na Facebooku, widziałem Twojego maila: rozmawiałem z kierownikiem wyprawy, zapraszamy do nas na stację!. Byłem super ucieszony! Robert pomógł ogarniać mi bardzo wiele rzeczy łącznie z transportem i noclegami na miejscu. Podpowiedział także jaki ekwipunek powinienem ze sobą zabrać i czego mogę spodziewać się na miejscu.

Robert skontaktował mnie z Jerzym Koszem – kapitanem niewielkiego statku, który latem obsługiwał polskie stacje badawcze (dowożąc naukowców, żywność, korespondencje potrzebne części) do stacji badawczej z Horslundu. Cały swój pobyt spędziłem na statku u kapitana Jerzego.

SPITSBERGEN

Na lotnisko w Longyearbyen doleciałem z lotem transferowym w Oslo (pierwszy raz noc spędziłem na karimacie na lotnisku). Całą miejscowość doskonale zobaczyłem gdy samolot przygotowywał się do lądowania. W zasadzie to wiedziałem jak jest zlokalizowana i gdzie są poszczególne punkty usługowe w mieście. Byłem dobrze przygotowany merytorycznie przed wyjazdem. Wiedziałem, że na całej wyspie mieszka niecałe 3 tysiące ludzi. To mniej niż populacja niedźwiedzi polarnych na wyspie! W związku z powyższym na wyspie (poza obszarami zamieszkałymi) obowiązuje NAKAZ posiadania broni – na wypadek ataku niedźwiedzia. Z ciekawostek na wyspie oczywiście najwięcej jest Norwegów (to wyspa norweska), potem Rosjan (mieli tutaj swoje kopalnie węgla wiele lat temu). Co ciekawe drugą największą grupą etniczną są… Tajowie. Nie mam pojęcia dlaczego, to zupełnie nie ich klimat, ale może w tak niewielkim społeczeństwie łatwo stworzyć znaczącą mniejszość – wystarczy kilka rodzin.

Do portu w którym zacumowany był statek Jerzego Kosza z lotniska było około 4 kilometry – postanowiłem ten dystans przejść pieszo z walizką żwirowaną drogą. Co chwila widziałem jednak znaki drogowe – uwaga na niebezpieczeństwo ataku niedźwiedzia, w zasadzie każdy samochód przejeżdżający obok mnie zatrzymywał się z pytaniem czy mnie nie podwieźć. Do portu dotarłem bez problemu – na statku był kapitan, jego pomocnik, i dwóch naukowców, którzy mieli odwiedzić stację polarną. Była też naprawdę solidna porcja alkoholu, którą zamówili pracownicy jednostki badawczej. Zaczęliśmy 26 godzinną podróż statkiem po morzu arktycznym. Widoki zapierały dech w piersi. Było super zimno. Mimo, że był to środek lata, a ja miałem odpowiednią wcześniej zakupioną odzież.

Podróż upłynęła mi pod znakiem spania, jedzenia , rozmów ze współtowarzyszami (pojawiało się sporo historii o życiu polarników, atakach przez niedźwiedzie, albo kłopotach aprowizacyjnych) oraz oglądaniu widoków. Kapitan i jego pomocnik bardzo często przed dłuższy czas nie kontrolowali rejsu statku. Trochę mnie to stresowało, ale wytłumaczyli mi, że ustawili autopilota i nie ma potrzeby weryfikacji gdzie płyniemy zwłaszcza, że nikt po tych wodach nie pływa wiec nie ma możliwość zderzenia. Po kilkunastu godzinach rejsu przydarzyła mi się ciekawa historia. Zziębnięty postanowiłem ugotować sobie wodę na herbatę. Wstawiłem czajnik elektryczny w kuchni statku wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem, że nagle zmieniliśmy kurs i zaczęliśmy płynąć ku wciąż odległym ale wielkim skałom. Obudziłem kapitana statku, i powiedziałem, że coś jest chyba nie tak. Okazało się, że czajnik elektryczny wytwarza pole magnetyczne, które zaburza prace autopilota – za wodę kapitan lub jego pomocnik musieli stawać za sterem.

STACJA BADAWCZA W HORSLUNDZIE

Do zatoki w pobliżu Horslundu dotarliśmy po około 26 h rejsu. Kapitan skontaktował się z jednostką i obwieścił im nasze przybycie. Wypłynęli po nas pontonem i zabraliśmy się do stacji na kilka godzin. Stacja w Horslundzie zrobiła na mnie wrażenie. Super wyposażona. Internet, telefon i telewizja stacjonarna, w pełni wyposażona kuchnia z własnym wypiekanym chlebem, przytulne pomieszczenie wspólne z rzutnikiem i małą biblioteczką, siłownia, wielki magazyn żywności, zamrażalki. Mam wrażenie, że to najlepsze miejsce aby w razie czego przeczekać III wojnę światową bez strat. Robert pokazał mi też spokojne polarników. W jego pokoju był syntezator – przez noc polarną postanowił się na nim grać. Zostałem oprowadzony po jednostce oraz w jego pobliżu. Robert wziął na spacer długą broń, ja dostałem rakietnicę na wypadek ataku aby odstraszyć dzikie zwierzęta. W jednostce spędziliśmy kilka godzin. Wszyscy polarnicy byli bardzo mili i towarzyscy. W końcu niezbyt często mieli do czynienia z wizytami gości. Polarnicy życzyli mi powodzenia w nadchodzącym biegu. Udaliśmy się w drogę powrotną, która również trwała nieco ponad dobę.

MARATON W SPITSBERGENIE

Na start maratonu udałem się pieszo z portu. Wcześniej dobrze znałem rozkład miasta Longyearbyern wiec bez trudu znalazłem biuro zawodów. Bieg był bardzo kameralny – startowało w nim mniej niż 100 osób. Byłem dumny, że mogłem wreszcie odpowiedzieć po ukończonym biegu, że znalazłem się w pierwszej setce. Okazało się, kilkanaście uczestników było również Polakami. W sumie również bieg został wygrany przez naszego rodaka. Maraton to były dwie pętle ułożone na obrzeżasz tego największego miasta Spitsbergenu. Czasem po asfalcie, czasem po żwirze, czasem po śniegu. Gdy biegło się z wiatrem było wspaniale. Trzeba jednak wiedzieć, że na Spitsbergenie nie ma drzew. To miejsce, w którym pół roku panuje zima polarna a pół dzień polarny. Najwyższa roślinność (wierzy) sięgają zaledwie kilkudziesięciu centymetrów. Gdy trafi się na wiatr w przeciwną stronę niż się biegnie można naprawdę mieć spore kłopoty. Wiatr był super mocny i do tego przeraźliwie zimny. Gdy tylko mocniej zwiało to czułem jak zimne łzy spływają mi po policzkach. Uczestnicy maratonu stale asekurowani byli przez strażników / obsługę maratonu, która jeździła na kładach z długą bronią asekurując maratończyków przed atakiem niedźwiedzi polarnych. Maraton okazał się wyjątkowo wymagający – druga pętla sprawiła mi sporo trudności. Być może wpłynęło na to sporo zróżnicowanie terenu być może zmieniający się grunt a może po prostu słabe przygotowanie.

POBYT W LONGYEARBANR

Po ukończonym biegu zameldowałem się na swoim statku. Bartosz – pomocnik Kapitana – przygotował już pyszny obiad, a ja mogłem chwilę odpocząć i odświeżyć się w portowej toalecie. Okazało się, że do Bartosza w odwiedziny przyjechał kolega z Hong Kongu (Peter). Wspólnie po zjedzonej kolacji postanowiliśmy iść do Pubu do miasta. Trochę się zagadaliśmy było już po 23…ale słońce nadal było wysoko. Na Spitsbergenie wtedy trwał dzień polarny – stale było jasno – łatwo było stracić rachubę czasu. Do centrum miasta dotarliśmy po północy, ale ku naszemu zdziwieniu 3 puby w których byliśmy były otwarte i pełne ludzi. Impreza trwała w najlepsze. W lokalach było hucznie tłoczono, po wyjściu można było zobaczyć za to spokojną pogrążoną w śnie (przy świetle dziennym) miejscowość.

Następnego dnia kalendarzowego (bo dzień tam trwał cały czas) wybrałem się na wykupioną wycieczkę kajakiem po fiordzie. Jeszcze nigdy nie widziałem takich zabezpieczeń przed wycieczką kajakową –to chyba typowe dla narodów skandynawskich – kurs co robić w razie wywrotki, w jaki sposób wołać pomocy, kilka okryć wierzchnich chroniących przed chłodem i wodą. Dopłynęliśmy na drugi brzeg fiordu gdzie zwiedzieliśmy teren starej kopalni węgla – kiedyś gdy ceny węgla były wysokie Spitsbergen był istotnym miejscem pozyskiwania tego dobra – teraz koszty wydobycia i transportu przekraczają wartość kruszcu. Zrobiliśmy także ognisko nad brzegiem klifu i zjedliśmy posiłek. Brzeg klifu cały był we fragmentach drzew. Przewodnik wyjaśnił nam, że to drzewo, które spławiane jest przez Rosjan z północy ich kraju rzekami wpływa na morze Arktyczne krąży tysiące kilometrów, by np.: zatrzymać się na ich wyspie. Jest skrupulatnie wykorzystywane przez mieszkańców Spitsbergenu.

Bez wątpienia jestem szczęśliwy że tamtym razem nie zostałem wylosowany na maraton tokijski i mogłem przeżyć niezwykle chwile na „końcu” Świata.

 

 

W JUDODZE NA ROWERZE
ARTUR GORZELAK


(+48) 881 403 565 (10:00 - 18:00)
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
02-972 Warszawa, Ursynów
Ledóchowskiej
 
 

 
Premium Joomla Templates